12 czerwca 2011

Jastarnia - 2011 r.

I nastał dzień wyjazdu, długo wyczekiwany przez nas dzień. Jedziemy nad morze:)

Pakowanie już tradycyjnie na ostatnią chwilę. Plany miałam jednak ambitne ;)

Jedziemy z dzieckiem więc trzeba wszystko przemyśleć co zabrać, zrobić wcześniej zakupy, spokojnie się spakować aby nic nie zapomnieć i  bezstresowo wyjechać, ale ... nic z tego nie wyszło:(
Szybkie pakowanie, krótki sen i dopiero około 4.30 nad ranem wyjechaliśmy. W planach był wcześniejszy wyjazd ale to tez nie wyszło;)
Jak czegoś zapomnieliśmy to zawsze można kupić na miejscu - ta myśl towarzyszy mi przez całą podróż ;)

Weronika zniosła podróż dzielnie, po drodze zatrzymaliśmy się 3 razy na takie godzinne postoje aby dać jej trochę odpocząć i rozprostować małe kości. W takim wakacyjnym tempem przed 16 dotarliśmy na miejsce. Wybrane przez nas wcześniej miejsce bardzo nam się spodobało. Pokój był bardzo przestronny więc Weroniczka miała gdzie poszaleć. Wszędzie czysto, wszystko to co potrzeba jest.

J. wniósł bagaże, rozpakowanie ich już jednak zostawiliśmy na później i wybraliśmy się na pierwszy tego wyjazdu spacer. Spacer rozpoznawczy :) Z głównym celem znalezienia miejsca, gdzie głodni rodzice mogą dobrze zjeść. Mały turysta został nakarmiony jeszcze w pokoju.


Nasze pierwsze spotkanie z morzem. Pierwsze tego roku.



Z popażonymi podniebieniami (nasza córeczka nie miała ochoty na grzeczne siedzenie w wózku) ruszyliśmy na dalszy spacer spokojnymi, przedsezonowymi uliczkami Jastarni. Taki Bałtyk lubię, choć tak na prawdę jesteśmy tutaj pierwszy raz przed sezonem! I tak mi się tu zdecydowanie bardziej podoba.

Od samego początku pogoda nam sprzyjała więc każdy dzień zaczynaliśmy od pobytu na plaży. Weronika była zaskoczona ogromną piaskownicą choć z początku była bardzo nie ufna w stosunku do wszędobylskiego piachu ;)



Najpewniej czuła się w swoim wózku i tam chętnie przesiadywała oraz ucinała sobie drzemki. Z czasem jednak to się zmieniło i chętnie bawiła się piaskiem a my mieliśmy czas by chwilkę (dosłownie chwilkę) odpocząć. Ba ... udało mi się nawet książkę poczytać.

Uwielbiam długie, wspólne spacery. Tutaj mieliśmy tego pod dostatkiem i tak jak to przeważnie było gdy bywaliśmy gdzieś we dwójkę tym razem wyglądało troszkę inaczej. Spacer był i owszem (w pokoju raczej byśmy nie usiedzieli) ale z licznymi przerwami. A to ptaszek, a to konik (tak, tak przedsezonem szykują się do sezonu), plac zabaw, lody czy inne dzieci.

Tak zawędrowaliśmy leśną ścieżką do Juraty po drodze zbierając szyszki, które były doskonałymi zabawkami małej na czas tego spaceru. W Juracie za to bardzo zielono, drzewa wokół, jakoś spokojniej nam się wydaje i nawet jest molo. Jest też sporo cienia co w taką pogodę jest nam bardzo potrzebne. Troszkę spacerujemy a później siadamy na ławce i tak odpoczywamy. Weronika sobie drzemie a my napawamy się spokojem i ciszą.





Innego dnia pojechaliśmy samochodem na Hel. Pospacerowaliśmy uliczkami miasteczka a także promenadą wzdłuż morza. Tutaj było zdecydowanie więcej ludzi niż w Jastarni czy Juracie ale to za sprawą wycieczek szkolnych no i na pewno dzięki popularności tego miejsca. Główna ulica mimo, że nawet teraz bardzo tłoczna przyciąga uwagę pięknymi, małymi kamiennicami i domami rybaków. Tutaj udało nam się też zjeść pyszny obiad. Weronika tym razem zgodziła się na to ale to chyba za sprawą małego przekupstwa - nowa zabawka ;)




Kiedy pogoda przestała nam sprzyjać też chodziliśmy na plażę, tylko cieplej ubrani. Weroniczka była już bardzo oswojona z piachem i morze więc bardzo takie wypady jej pasowały. Chętnie siadała na piasku i bawiła się nim.





W Gdańsku byliśmy nie raz ale to jeszcze za czasów bez małej. Bardzo lubię to miasto głównie z sentymentu - pierwsze wakacje z rodzicami, pierwsze kolonie, ... Pogoda w Gdańsku okazała się łaskawcza niż na półwyspie więc mogliśmy wybrać się na spacer jego malowniczymy uliczkami. Podziwialiśmy stare ale bardzo ładnie odnowione kamiennice i tak powolutku dotarliśmy na Długi Targ przywitać się z Neptunem.



Tutaj jak widać wszystko kwitnie ...


Stamtąd poszliśmy na deptak wzdłuż Motławy zrobić sobie zdjęcie z Żurawiem;)





Spacerujemy powoli przypominając sobie znane "kąty" i ciesząc oczy zmianami i pięknem miasta. Zaczyna jednak kropić więc czas wracać.



Wieczorem w Jastarni mimo wietrznej pogody wyszliśmy jeszcze na spacer a nawet zahaczyliśmy o plażę. Pospacerowaliśmy leśną drogą wzdłuż plaży, co było bardzo przyjemne ponieważ drzewa chroniły nas przed wiatrem. Spacer zakończyliśmy tradycyjnie czymś słodkim:) Wybraliśmy naleśniki w bardzo miłej restauracji, gdzie pani właścicielka bardzo przypadła do gustu Weronice. Pani zabawiała małą a my spokojnie zjedliśmy.


Czas szybko minął i trzeba było wracać do domu .... Na prawdę żal było nam wracać. Z każdym dniem było coraz fajniej tzn. mała czuła się pewniej w już nie nowym miejscu a my zaczynaliśmy na prawdę odpoczywać. No nic musi nam to wystarczyć do kolejnego wyjazdu.

Nasze przemyślenia na temat wakacji z dzieckiem są następujące... Takie wakacje są zdecydowanie inne od tych gdy byliśmy tylko we dwójkę, to co robimy i kiedy to robimy trzeba głównie podporządkować rytmowi dnia takiego malucha. Tego też spodziewaliśmy się więc tym stwierdzeniem Ameryki nie odkryłam;) Na pewno nie zrezygnujemy ze wspólnych wyjazdów, bo mimo wszystko bardzo fajnie RAZEM spędziliśmy czas i dobrze się bawiliśmy. Poznaliśmy też jak zachowuje się nasze dziecko w nowym miejscu, jak szybko się aklimatyzuje w nieznanym otoczeniu i to nam pomoże w organizacji następnych wyjazdów. A ich już nie możemy się doczekać:)

2 komentarze:

  1. Wow, ale super! Ja uwielbiam Hel, Juratę, Jastarnię i Trójmiasto :-) Może za rok uda nam się tam pojechać z synkiem ;-)

    OdpowiedzUsuń