8 września 2011

Korfu

22.08.2011r.

Nastał ten wyczekany dzień ... przybywamy na Korfu.

Tradycyjnie wszystko robimy na ostatnią chwilę i na prawdę nie wiem jak udało nam się zdążyć na samolot. Następnym razem ... będzie tak samo ;)

Był to pierwszy lot naszej córeczki i  trudno było jej usiedzieć na miejscu a co dopiero być przypiętą pasami. Daliśmy jakoś wszyscy radę i szczęśliwie wylądowaliśmy.

Po wylądowaniu czekały nas dwie niemiłe niespodzianki, na które z biegiem dni spojrzeliśmy łaskawszym okiem.

Pierwsza to: nikt na nas nie czekał - za szybko podobno przylecieliśmy (mieliśmy mieć międzylądowanie w Salonikach - o tym dowiedzieliśmy się po wylądowaniu; na szczęscie nawet pilot o tym nie wiedział;) ), a druga to zmiana hotelu.

Po przyjeździe na miejsce zaczęły się trochę problemy z zakwaterowaniem, tzn. miejsce było ale raczej w suterenie i to marnej jakości. Po dwóch dniach zamieniono nam pokój w tym zamienionym hotelu. Ogólnie ten nowy hotel nie był zły - przy plaży, sporo atrakcji dla dzieci, kilka basenów w tym brodzik. Jednak bardziej lubimy kameralne miejsca (i tak wybieraliśmy) a ten hotel to wielki moloch. Możliwości innej nie mieliśmy więc musieliśmy znaleść plusy tego co było.

I tak wieczorem poszliśmy na rekonesans okolicy i zahaczyliśmy o mini disco w naszym hotelu. Weronice bardzo się podobało, próbowała nawet tańczyć. Ba, tańczyła :) Zmęczona szybko zasnęła.

A kolejnego dnia ...
Pobudka , śniadanie a później przyjemności:) Zaczęliśmy od plaży i pluskania w morzu. Plaża żwirkowa ale Weronice to jak najbardziej pasowało. Mnóstwo kamyczków, kamyków i kamoli do bawienia a nawet lizania;) W bordziku jeszcze woda chłodna- małej to jednak nie przeszkadzało, nam za to bardzo więc wróciliśmy do pokoju na drzemkę. Później rozłożyliśmy jej ponton z wodą na tarasie i wtedy dopiero miała zabawę. Ciężko było jej przerwać.


Popołudnie pierwszego dnia przeznaczyliśmy na poznanie najbliżej okolicy oraz na ochłodę i zabawę w wodzie. Naszej małej wszelkie zabawy wodne i przy wodzie bardzo spasowały. Zaczęłą stawiać też pierwsze kroki :) Oczywiście w naszym towarzystwie wychodzi jej to coraz lepiej. Oby tylko nasze plecy dały radę ;)


Wieczorem oczywiście było obowiązkowe mini disco. Weronika coraz śmielej "tańczy", obserwuje inne dzieci i uczy się nowych rzeczy. Klaszcze już ładnie rączkami całymi otwartymi i to dokładnie wtedy jak gra muzyka i do tego ugina rytmicznie nóżki w kolankach. Fajnie to wygląda, jak taki bąbel próbuje tańczyć i naśladuje trochę nieudolnie starsze dzieciaki. Rośnie nasza mała dziewczynka i zdobywa nowe umiejętności.

Kolenych kilka dni spędzamy na błogim lenistwie ale tego nam było trzeba - basen, plaża, morze. Bawimy się na kocyku, nawet udaje nam się poczytać, pluskamy się w wodzie oraz dużo spacerujemy nie tylko po plaży. Pierwsza drzemka naszej małej wypada na plaży, w cieniu drzew. W tym czasie my mamy czas dla siebie :)

Weronika bardzo radosna każdego dnia co pozwala nam przypuszczać, że cieszy ją to miejsce i rodzice obok :) Na placu zabaw poznaje kolejne koleżanki i kolegów, którzy to bardzo chętnie chcą jej we wszystkim pomagać i towarzyszyć w zabawie. 


Wieczorami zaczynamy planować; układać naszą trasę tego co chcemy zobaczyć w kolejne dni.
Punktem obowiązkowym każdego wieczoru stały się mini dyskoteki. Nie możemy przejść obojętnie obok roztańczonych maluchów i rytmicznej muzyki. Weronika nam na to nie pozwala.


Aby rozejrzeć się po dalszej okolicy (już nie tylko hotelu) wybraliśmy się na spacer po miasteczku. Dużo możliwości nie ma - ulica dość ruchliwa ale udaje nam się dojść do bardziej ustronnego miejsca. Tuż za mostem wąska, spokojna uliczka jest odpowiednia na spacer z dzieckiem w wózku. Oglądamy domy, podpatrujemy ludzi a między budynkami zagląda do nas morze.

Od odwiedzenia stolicy wyspy czyli miasta Korfu rozpoczynamy jej poznawanie. Do Korfu dojeżdżamy miejskim autobusem, po nie calej godzinie drogi. Po zapakowaniu potrzebnych tobołków na wózek a Weroniki w wózek ruszamy w miasto.


Nasz spacer rozpoczynamy od obejrzenia zbudowanej przez Wenecjan fortecy, tzw. nowej fortecy. Prezentuje się ona wspaniale - ogromna budowla i już od razu widać, że nie do zdobycia. Można się na nią wspiąć by z niej podziwiać panorame miasta.

Obok fortecy znajduje plac zabaw, całkiem nowy więc zapewne to nie zasługa Wenecjan ;) Tam też zrobiliśmy sobie małą przerwę, aby mała rozprostowała nogi i przekąsiła coś. Super sprawa takie place zabaw blisko miejsc wartych odwiedzenia. I mali i duzi mają trochę przyjemności - z tego akurat miejsca można zapatrzeć się na fortecę.



Po chwili odpoczynku zanurzamy się w głąb urokliwych, wąskich uliczek Korfu by kontemplować jego piękno. Spacerujemy, oglądamy i porównujemy z tym co zapamiętaliśmy na Krecie. Te różnice same się nam nasuwają i jakoś trudno nam uniknąć porównań. Korfu bardziej przypomina miasteczko włoskie bądź francuskie niż greckie. Uwagę przyciągają zielone okiennice, piaskowe elewacje, wyślizgane chodniki, jakiś taki ład i porządek mimo wiszącego prania między domami. Podoba nam się tu. Sporo czasu spędzamy spacerując.





Powoli kierujemy się w stronę starej fortecy, niestety tu brakuje nam czasu na zwiedzanie jej od środka. Podziwiamy ją więc z kolejnego placu zabaw (byliśmy bardzo zaskoczeni tymi placami). Nie chcieliśmy męczyć małej kolejną godziną w wózku więc pozwalamy się jej wyszaleć przed autobusową podróżą powrotną. 





Na 21 wracamy do hotelu, rzutem na taśmę zdąrzając na kolację.

Kolejny dzień to dzień odpoczynku dla Weroniczki przed kolejnymi podróżami już wynajętym samochodem. Czas spędzamy głównie na plaży i na basenie. Mała czuje się jak rybka w wodzie - śmieje się, ładnie się bawi, dokazuje i czaruje innych wczasowiczów.

Wieczorem wybieramy się na przejaźdżkę mini pociągem. Weroniczka zachwycona, odgłosy ciuchci milkną przed samym zaśnięciem dopiero ;)

Przyszedł czas na poznanie dalszych zakamarków wyspy. Zaraz po śniadaniu zabieramy potrzebne nam rzeczy i idziemy do auta. Obieramy kierunek - Paleokastritsa, która leży na zachodnim brzegu wyspy. Musimy więc przejechać na drugą stronę wyspy a zatem zobaczymy nie tylko wybrzeże a także górzyste wnętrze wyspy. Te pofałdowania sprawiają, że to co wygląda tak bliskie na mapie w rzeczywistości jest troszkę dalej.



Podróż zajmuje nam około 2 godzin, po drodze robimy postój na posiłek małej i rozprostowanie tych młodych kości. Widoki różne od zielonych krzewów po suche krajobrazy. Kiedy docieramy już na drugi brzeg obraz za oknem sie zmienia. Jest bajecznie! Nie wiadomo gdzie patrzeć, wszystko takie piękne.



Tym bardziej, że droga którą jedziemy pnie się w górę a w dole widzimy zatoczki, małe plaże, turkus morza, skały i skałki. Cudnie po prostu. Jedziemy na samą górę, gdzie znajduje się klasztor Panagia Theotoku z XVIII w. Po dotarciu na miejsce wysiadamy i udajemy się zachwyceni na spacer po okolicy.


Mimo wózka udaje nam się wspiąć dość wysoko by podziwiać to co zostało w dole - piękne zatoki , groty wyrzeżbione w skałach. Ten kolor morza nie daje o sobie zapomnieć.



Pod wrażeniem tych pięknych widoków wsiadamy do auta, by po chwili zatrzymać się na jednej z tych cudnych plaż. Nawet nie zastanawiamy się którą wybrać, po prostu stajemy tam gdzie jest miejsce i schodzimy na dół wąską ścieżką między domkami.


Jest tu wspaniale, głowa sama się obraca. Urządzamy sobie krótki spacer brzegniem morza. Ściągamy swoje sandały, małej także i zanurzamy stopy w wodzie. Jest bardzo przyjemnie :)



Po chwili błogiego relaksu wsiadamy z powrotem do auta i jedziemy zobaczyć zamek Angelokastro (tzw. zamek aniołów) pochodzący z czasów bizantyjskich. Po drodze mijamy tradycyjne greckie wioski. W jednej z nich, Kirini robimy krótki postój. Weronika zasnęła więc wykorzystujemy ten czas i udajemy się w dalszą drogę.


Już umiejscowienie zamku na stromej, niedostępnej i wysokiej górze robi wrażenie. Od strony morza zamek można powiedzieć jest niedostępny. Stojąc na dole człowiek się tylko zastanawia jak oni go tam zbudowali.

Do zamku prowadzą schody (to widzimy na dole, a co dalej to nie wiadomo) nawet mnóstwo krętych, skalistych schodów. Nie decydujemy się na wejście po nich, czyli na wspinaczkę pod górę z małą na rękach lub w wózku. To chyba i tak by było mało wykonalne. Żałujemy bo na pewno widoki z góry zachwycają no ale trudno.
Zjadamy za to lody w kawiarni z widokiem na zamek, trochę kręcimy się na dole i wsiadamy by ruszać w dalszą drogę.
Powoli obieramy kierunek powrotny po drodze odwiedzając klasztor Vlacherna, podobno najczęściej fotografowany obiekt na wyspie. My chcieliśmy go zobaczyć ze względu na jego położenie, czyli na małej wysepce połączonej z lądem groblą którą można przejść do klasztoru.


Dla J. dodatkową atrakcją było to, że blisko klasztoru jest lotnisko i pas startowy, który wychodzi w morze. Samoloty przy lądowaniu przelatują w bliskiej odległości dachu klasztoru. Specjalnie czekaliśmy by zobaczyć taki obrazem. Jest blisko, to na pewno :)

Po małej przerwie na kaszkę dla małej i coli dla nas (jedyne 2,5 euro za 0,2l) w pobliskiej klasztorowi kawiarni idziemy obejrzeć go z bliska. Grzeje niemiłosiernie ale jeszcze jakoś dajemy radę i spaceruje wokół budynku. Weronika robi nam psikusa - wrzuca swój kapelusik do morza :) Dzielny tatuś przechodząc po głazach wydostaje kapelusik z odmętów wody! Weronika jakoś mało zadowolona tym faktem, kapelusik tym bardziej - przemoczony do ostatniej niteczki ;)

Czas wracać do hotelu. Przed kolacją mamy jeszcze czas na basen. Należy nam się po tym miasteczkowym skwarze :)

Dzisiaj zmierzamy na samą północ. Wyspy, oczywiście.
Weronika śpi więc spokojnie może podziwiać widoki za okna samochodu. A jest co -pniemy się w górę serpentynami a w dole widzimy cudowne zatoczki wcinające się w ląd i urocze plaże. Morze wygląda jeszcze piękniej z takiej wysokości. Z każdym kilometrem podoba nam się coraz bardziej. Co jakiś czas robimy postój i J. wyskakuje popsrtykać fotki tych zachwycających widoków.


Weronika się przebudza i postanawiamy na najbliższej plaży zrobić małą przerwę. Zabieramy najpotrzebniejsze rzeczy do plażowania i schodzimy w dół na plażę, która składa się z samych kamyczków. Morze jest tu bardzo czyściutkie, zapewne dzięki tym kamykom. Znajdujemy troszkę cienia i się rozkładamy. Mała zajada się kaszką a później bawi się kamyczkami.


Plaża ta znajduje się za miasteczkiem Kassiopi, które jest pierwszym punktem naszej dzisiejszej wyprawy więc musimy zawrócić. Parkujemy koło małego portu z widokiem na ruiny weneckiego zamku i stąd rozpoczynamy nasz spacer po urokliwym miasteczku. Zahaczamy też o sklep aby uzupełnić zapasy naszych płynów i idziemy ...

Próbujemy wejść po schodach na zamek ten widoczny z naszego parkingu, ale niestety z wózkiem jest to utrudnione. Po kilku zakrętach zawracamy :( Udajemy się do portu by tam pooglądać łodzie. Mieć taką i pływać, nic nie robić, ...., marzyć.


Ruszamy dalej. Weronika zasypia w foteliku zaraz po usadowieniu jej w nim.

Jedziemy dalej i podziwiamy mijane miasteczka oraz piękne widoki. Opuszczamy drogę, która wija się wzdłuż morza i wkraczamy w głąb lądu. Wszędzie zielono - drzewa, krzewy, kwiaty, całe plantacje.

Robimy co jakiś czas postoje, na jednym z nich mała się budzi i robimy sobie dłuższy spacer po okolicy. Nazwy miejscowości nawet nie znamy ale jest to nie ważne liczy się to, że tu jesteśmy i jest cudnie :)

Chodzimy licząc, że mała się zmęczy i później już nie będzie marudzić w aucie w drodze powrotnej. Czas wsiadać do auta i jechać nieśpiesznie dalej, zataczając już niestety koło. Kierujemy się do hotelu.
Wracamy dość zmęczeni, głównie słońcem więc wieczór spędzamy na plaży, gdzie o tej godzinie jest tak przyjemnie chłodno.



Kolejne dni spędzaliśmy na błogim lenistwie - plaża, basen i leniwe spacery wzdłuż morza oraz do miasteczka. Weroniczka bawiła się na plaży, zbierała kamyki oraz piasek a my odpoczywaliśmy ciesząc się tymi wspólnymi chwilami.

I nastał czas powrotu do domu. Niestety :( Podróż samolotem minęła szybko i bezstresowo.

Czekamy już z niecierpliwością na kolejne podróże.

4 komentarze:

  1. Baardzo fajne wakacje mieliście :) Super, że udało Wam się tak dużo zobaczyć, tylko tak dalej i z Weroniki wyrośnie mała Podróżniczka :)
    Pozdrawiam
    Joanna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jaka Weronika tutaj jeszcze malutka :) Zdjęcia mega!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak ten czas leci ... polecamy podróże z maluchami :) Takie są najłatwiejsze w organizacji i już na miejscu do ogarnięcia.

      Usuń