21 lipca 2013

Barcelona po raz drugi i powrót do domu ...

No i nastał dzień pakowania :( Tak jak bardzo lubię się pakować na wyjazd tak bardzo nie lubię pakować się gdy trzeba już wracać.

Dziewczynki dzielnie pomagają a tatuś "odpompowuje" basenik i kółko do pływania.

Spakowani, przygotowani i najedzeni idziemy na pociąg, który zawiezie nas do Barcelony. Zanim udamy się na lotnisko chcemy jeszcze choć troszkę czasu spędzić w tym pięknym mieście.

Plan mamy dość napięty, nie chodzi tu o samo zwiedzanie bo to sobie darujemy, chcemy tylko przespacerować się jeszcze raz po La Rambla tym razem od drugiej strony deptaku i wrócić spokojnie na lotnisko. Czasu nie za dużo na to mamy więc zobaczymy co to będzie z tych planów

Spokojnie na lotnisko wrócić się nie udało ale o tym za chwilkę.

No to idziemy sobie na pociąg i ... pociąg na który tak sobie szliśmy właśnie nam odjechał :( No nic czekamy na następny, ok. 30 minut. Czyli już nasz spacer będzie o 30 minut krótszy niż planowaliśmy.

Obładowani wsiadamy do następnego pociągu, Lenka śpi a Weronika zadaje tysiące pytań z noskiem przyklejonym to okna. Droga ciągnie nam się strasznie no i aby tak nudno nie było budzi się Lenka a ją to już trzeba zabawiać i droga ciągnie się jeszcze bardziej.

Wysiadamy na stacji Sants, ja idę z Lenką kupić bilety na lotnisko a Jacek z Weroniką oddać bagaże do przechowalni.

Nie wiem dlaczego w Santa Susanna nie kupiliśmy bezpośrednio biletów na lotnisko, byłoby na pewno taniej. Nie wiem też czy moglibyśmy zrobić sobie taką przerwę w podróży i z powrotem wsiąść w pociąg. Nie pamiętałam też ile ważny jest bilet w Hiszpanii, no i chyba dlatego tak przepłaciliśmy. 

Stoimy w naprawdę długiej kolecje a czas ucieka :( Zastanawiamy się co robić, ale do końca tego nie przemyśleliśmy bo straciliśmy tylko pieniądze a tak na prawdę to prawie nic nie zobaczyliśmy a spacer trwał góra 20 minut. Jedynie kosztowało nas to sporo nerwów no i ... pieniędzy. No nic na błędach człowiek się uczy.

Przechowalnia jest bardzo dobrze oznaczona, zaraz jak wejdzie się na górę z peronów to widać. Z tego co pamiętam jest blisko McDonalda i kosztuje coś 5 euro.

Jest po 12 (samolot odlatuje o 15.20, bramki zamykają o 14.40) mamy bilety, bagaże oddane to idziemy na metro.
Chcemy jechać do stacji Liceu, czyli czeka nas zielona linia metra a na nią trzeba iść i iść i to nawet kawałek po schodach bo windy brak. No to idziemy i Weronice przypomina się, że chce pić a tacie, że chce sikać. (Na mojej głowie trójka dzieci ;)) Soczek wypiła więc trzeba kupić no to kupujemy a tata idzie do wc razem z Weroniką.

Czas mija ...
Po ok. 10 minutach jesteśmy na peronie, wsiadamy do metra i jedziemy.

Przed 13 wysiadamy, wychodzimy na zewnątrz i trochę się rozglądamy. Jest nerwowo bo trzeba za niedługo wracać, z tego powodu cieszy się Weronika dla której jazda metrem to prawdziwa frajda :)

Odbywamy na prawdę krótki spacer i postanawiamy wracać, choć moglibyśmy zaryzykować i jeszcze trochę pochodzić. Decydujemy się jednak na powrót, szkoda :(

Coś 13.19 mamy pociąg na lotnisko (jedziemy on tam około 20 minut), a my o 13.10 wysiadamy z metra dopiero. Szybko J. biegnie po bagaże, szukamy odpowiedniego zejścia na peron, windy i ... pociąg odjeżdża nam :( Słyszymy go tylko ale nie widzmy.
No nic czekamy na następny, na 13.39. Dajemy dziewczynką jeść i troszkę się denerwujemy. Głównie ja, czy damy radę zdążyć. Uspokoje się dopiero jak uda nam się wsiąść do samolotu.

Lotnisko jest duże a my tak dokładnie nie wiemy, gdzie szukać odprawy no a po niej jeszcze odpowiedniej bramki.

Pociąg spóźniony powoli podjeżdża, wsiadamy i w napięciu jedziemy. Czasowo nawet jest w porządku, jak tylko uda nam się znaleść wszystko co trzeba szybko to zdążymy.

Wysiadamy i na prawdę szybko idziemy szukać odprawy. Jest ok. 14.40. Udało nam się, znaleźliśmy :) Rzutem na taśmę, szybko przechodzimy odprawę i idziemy kontroli. Trochę czasu to schodzi, bo ludzi dużo a my w głowach mamy myśl jak tu znajdziemy teraz odpowiednią bramkę.
Jest tu tego mnóstwo, pełno symboli. My np. mamy M3 a ona dzieli się jeszcze na ok.49 lub jeszcze więcej bram. Może i więcej, tyle widziałam. 

Jestesmy na M3, trzeba znaleść nr 37 i tu zonk. Jest 36 i 38, a gdzie 37 ? Podchodzę do obsługi i pytam a pan pokazuje, że na dole. No tak a gdzie winda? Szukamy windy i zjeżdżamy na dół. Dokładnie o 15.20 ustawiamy się do kolejki.

Tutaj znów czas zwalnia, bo Lenka nie wyspana zaczyna marudzi, autobusu nie widać, obsługi też nie a tym bardziej samolotu. Czekamy jakieś 15 minut ...

Dzięki małym dzieciom i miłej obsłudze jako jedni z pierwszych wsiadamy do autobusu, który z 5 minut wiezie nas do samolotu.

Kiedy siedzimy już na miejscach, dziewczynki nakarmione zasypiają udaje mi się wylyzować ...

Wracamy do domu ...

A to nasze ostatnie zdjęcie z Barcelony :(



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz