18 lipca 2013

Urokliwe uliczki Tossa de Mar ...

Nasze wakacje powoli zbliżały się do końca -  udało nam się odpocząć (tak, z dwójką maluchów), trochę zobaczyć (też z dwójką maluchów) no i zachwycić się Barceloną i innym pięknym miasteczkiem ...

Jak już wspominałam ostatnie dni spędzaliśmy raczej stacjonarnie czyli plażowanie i spacery po pobliskiej okolicy. W głowach mieliśmy jeszcze jednak kilka pomysłów na wycieczki m.in. ponownie Barcelona, rejs statkiem, pociągiem do Girony bądź wycieczka do Tossa de Mar.

No i wymyśliliśmy ...

Barcelonę odwiedzimy ostatniego dnia, wcześniej wyjedziemy na lotnisko i damy radę.

A na wycieczkę wybierzemy się do Tossa de Mar i ... żałujemy, że wcześniej na to nie wpadliśmy.

Tossa de Mar to urocze miasteczko z pięknymi uliczkami i górującym nad nim zamkiem (raczej ruiny ale zachowane w dobrym stanie). Po zwiedzeniu zamku można udać się od razu na plaże, ponieważ jego mury wznoszą się właśnie na niej :)


Do Tossy można dostać się na różne sposoby, ale niestety nie pociągiem. Można za to pociągiem do Blanes i stamtąd autobusem już bezpośrednio do Tossy. Można też statkiem tutaj przypłynąć z innych miasteczek nadmorskich np. Santa Susany.



Na naszą ostatnią wycieczkę wybraliśmy się w piątek. Dzień wcześniej zarezerwowaliśmy sobie miejsce w autobusie jeżdżącym spod naszego hotelu do Loret de Mar.



Jest to darmowy transport jaki oferuje nasz hotel. Można wybrać się do dowolnego hotelu z tej sieci między Calella a Loret de Mar. W wybranym hotelu mamy zapewniony obiad.



Przed 12 wsiadamy do autobusu i około 13 jemy już obiad w Loret de Mar, w zarezerwowanym wcześniej hotelu. Zanim dotarliśmy na miejsce to mieliśmy małą objazdówkę po mieście, nasz hotel był na końcu planowanej jazdy więc trochę zobaczyliśmy przez okna autobusu ;)


Loret de Mar jest zdecydowanie większą miejscowością od Santy Susanny, jest taka bardziej turystyczna. Takie nasze Międzyzdroje.

Po obiedzie wybraliśmy się na spacer, ale naszym celem nie było zobaczenie samego Loret a dworzec autobusowy.
Na dworcu kupiliśmy bilety do Tossa de Mar (1.75 euro w jedną stronę), chwilę poczekaliśmy i ruszyliśmy w drogę. Po około 20 minutach krętej drogi, pnącej się coraz wyżej i wyżej z lekkimi zawrotami głowy (głównie mama) zjechaliśmy ponownie w stronę morza.

Wysiedliśmy na dworcu, sprawdziliśmy odjazd pasującego nam autobusy i poszliśmy do biura informacji turystycznej. IT znajduje się bardzo blisko dworca (przechodząc obok dworca należy skręcić w prawo), tam dostaliśmy mapę i spacerkiem ruszyliśmy przed siebie.

Naszym głównym celem był zamek, zanim jednak do niego dotarliśmy zachwycaliśmy się uroczymi uliczkami tego pięknego miasteczko.
Od pierwszych chwil bardzo nam się tu spodobało.
Obeszliśmy zamek wzdłuż murów i przez dziurę w murze Weronika z tatą weszła do środka :) Spokojnie, tak można tam wejść i wyjść. Weroniczka weszła na czworakach i tak chodziła przez dłuższy czas po dziedzińcu ;)
Ja w tym czasie podziwiałam widoki ze śpiącą Lenką w chuście. Miałyśmy widok na morze, skały i małą plażę.
Później wszyscy razem udaliśmy się już do pełno wymiarowej bramy i weszliśmy na zamek.

Weronika nie strudzona wchodziła i schodziła z 10 razy na każdy schodek. Wyglądała przez małe okienka, skakała, biegała i prawie siłą trzeba ją było stamtąd wyciągać.

Trochę czasu spędziliśmy na zamku, ale i tak nie przeszliśmy go całego. Z wózkiem ciężko tego było dokonać więc jak już było więcej schodów i stromo zawróciliśmy i poszliśmy na deptak wzdłuż plaży. Tam chwilę odpoczęliśmy, posiedzieliśmy, przekąsiliśmy co nie co i powoli ruszyliśmy w stronę dworca.
Przed samym odjazdem dotarliśmy tam.

Przed wejściem do autobusy zagadali do nas nasi rodacy :) z chęcią pomocy. Podziękowaliśmy, mamy już wprawę wchodzeniu i wychodzeniu z różnych środków lokomocji, i zajęliśmy miejsca w autobusie obok siebie :)
Było bardzo miło. Trochę porozmawialiśmy o wakacjach, czas minął a i dziewczynkami nam zabawiali więc mogliśmy troszkę odpocząć.

W Loret za długo nie zabawiliśmy, jedynie Lenka wypiła mleczko w McDonaldzie, Weronika soczek a my cole i czas było wracać na umówioną godzinę pod hotel.

O, sklep z zabawkami ...


Tylnym wejściem na zamek ...


Plaża pod zamkiem.


Około 21 byliśmy w Santa Susanna i byliśmy na prawdę zmęczeni.

Miasteczko nas zachwyciło, żałowaliśmy że wcześniej się tam nie wybraliśmy.

Oczywiście, mąż wypomniał: a nie mówiłem ;) Niech mu będzie tym razem :) Tzn. ja też chciałam tam jechać ale jakbyśmy zrobili to wcześniej to i ze dwa razy moglibyśmy tam być. A tak czasu brakło :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz