24 października 2014

Dawno nas tam nie było ...


Zapowiadano, że to ostatni ciepły weekend tej jesieni dlatego postanowiliśmy wykorzystać to i gdzieś się wybrać. Czasu ostatnio za dużo nie mamy (dom - instalacje, okna, drzwi i tym podobne rzeczy teraz na naszej głowie) a marzyły nam się góry.

Postawiliśmy na nasz górski pewnik czyli Brenną.

No to jedziemy :) A razem z nami tłumy ludzi. Brenna nie jest już zdecydowanie cichą, spokojną wioską beskidzką. Zajeżdżamy do centrum a tam mini targ ze wszystkim - od jedzenia, po zabawki i odzież oraz spory tłum ludzi. Auta wszędzie - tam, gdzie kiedyś rozkładaliśmy kocyk nad Brennicą dziś parking.
Kiedy udaje nam się zaparkować i przejść przez kramy idziemy nad rzekę. Jest ciepło i przyjemnie. Dziewczynki szczęśliwe na widok wody i choć jest ona bardzo zimna rączki muszą zamoczyć.

Po krótkim spacerku i drugim śniadaniu postanawiamy opuścić ten "odpust" i udać się gdzieś, gdzie będzie spokojniej i uda nam się zobaczyć piękną, polską złotą jesień z bliska.
Wsiadamy do samochodu i jedziemy do Brennej Bukowej i stamtąd wyruszamy do schroniska Chata Wuja Toma. Od razu uprzedzam, że jest ono dość oblegane bo łatwiej się do niego dostać od strony Szczyrku. Nam jednak nie chodziło o samo schronisko a cudowne i niezapomniane widoki roztaczające się z Przełęczy Karkoszczonka, gdzie się ono znajduje. Chcieliśmy się także zmęczyć a dziewczynkom dać się wybiegać na świeższym powietrzu niż u nas.
Weronika nas zaskoczyła tego dnia swoim niemarudzeniem ;) Zazwyczaj to ją pierwszą bolą nóżki a tego dnia całą trasę zrobiła dwa razy bawiąc się w pieska. Prosiła by tata rzucał jej patyk a ona biegała po niego i przynosiła mu go z powrotem i tak w kółko - mijający nas ludzi mieli niezły ubaw ;)
Lenuś dużą część trasy do schroniska pokonała na własnych nóżkach a z powrotem zasnęła mi na rękach. 
W górę z dwoma dość długimi podejściami szliśmy jakieś półtorej godziny. Może trochę dłużej ... nie pamiętam niestety bo w takich okolicznościach rzadko spoglądamy na zegarek.
Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w drogę powrotną.
Około 17 byliśmy z powrotem w centrum, gdzie udaliśmy się na późny obiad do znanej nam i bardzo przez nas wszystkich lubianej Koziej Zagrody.
Dziewczynki od razu opanowały kącik zabaw a my złożyliśmy zamówienie i po kolei zapraszaliśmy nasze córy na smakowity rosołek.
Na koniec Weroniczka i Lenka posprzątały zabawki i ruszyliśmy do samochodu. W domu byliśmy trochę po 20.
Uwielbiam jesień w górach. Cieszę się, że choć na tak krótko mogliśmy przyjechać tutaj by nacieszyć oczy pięknymi barwami i przygotować się na często szarą zimę w mieście.

P.S. Wam też to się zdarza ? Idziemy sobie swoim krokiem do schroniska po drodze miijając się z turystami, którzy schodzą już z przełęczy. Wymieniamy się uśmiechami, pozdrowieniami i idziemy dalej. Aż napotykamy turystów dość starszych od nas i wtedy zamiast zwykłego dzień dobry słyszymy "oj biedne dzieci, ciekawe czy dadzą radę dalej iść. To jeszcze taki kawałek i tak ciężko". A zamiast uśmiechu - politowanie. W sumie mówią to do siebie więc nie ma jak odpowiedzieć a nawet nie chce nam się tego im tłumaczyć czy wyjaśniać. Bo według mnie nie ma to sensu. Ale tak sobie myślę, z mężem dyskutuje i zastanawiam się "O co chodzi? Przecież one idą na własnych nogach, nie ciągniemy ich tam, nie niesiemy, one nie marudzą a biegają, śmieją się i wygłupiają się". Były momenty, że Weronika lądowała na barkach taty a Lena na moich rękach ale wtedy akurat nie mijaliśmy tych milych pań - nie często chodzimy na takie długie dystanse więc dziewczynki co jakiś czas potrzebowały pomocy. A na dole okazuje się, że to my jesteśmy bardziej zmęczeni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz